Początek

 Każdy z nas coś kiedyś zaczynał.

Z ekscytacją, stresem i pełnym tornistrem rozpoczynaliśmy przygodę ze szkołą. Z wypiekami na twarzy, motylami w brzuchu i planami na wieczną miłość zaczynaliśmy pierwszą romantyczną relację... Niepewni siebie z wieloma sprzecznymi emocjami poszliśmy do pierwszej pracy.

Każdy początek niesie ze sobą jakiś stres, jakąś nieśmiałość i niepewność. I ja w tej chwili mam tego pełną głowę i serce. Boje się. Ale w życiu podobno chodzi o to aby się bać i mimo tego strachu działać. Więc działam skoro o pisaniu marzę od zawsze - ono (pisanie) wraca do mnie jak bumerang przez większość mojego 32 -letniego życia (uff - kwestie wieku mamy już za sobą). Wraca jak niespełniona miłość, którą zepchnęliśmy do piwnicy naszego umysłu po to aby czasem sobie o niej przypomnieć, głośno westchnąć, może się uśmiechnąć, a może uronić parę łez. 

Więc ja sobie dziś przypomniałam, a ponieważ pisanie do ludzi (a może mocno do siebie samego?) jest obecnie dostępne na wyciągnięcie ręki - to przecież grzechem byłoby nie spróbować.

Co jest początkiem? 

Początkiem tej mojej weny dzisiejszej jest suma wielu końców. Koniec złudzeń na temat życia, świata i relacji. Koniec pewnego obrazu mnie samej. Koniec dotychczasowej wizji tego co i jak będę po kolei w życiu realizować. Piszę bo jestem pewna, że w tym miejscu, w którym dziś jestem byłaś/byłeś albo dopiero będziesz drogi czytelniku. I w sumie życzę Ci abyś się kiedyś w nim znalazł (chyba, że dzieciństwo i wychowanie nie wsadziło Cię w sidła żadnego ze schematów i kiepskich programów). 

Niby wszystko gra. Nieźle zrealizowana edukacja - szkoła, jedne i drugie studia wyższe. Sumienność, stres o zdane egzaminy - klasyka poprawności. Następnie piękne i społecznie poprawne (sic!) najpierw ślub potem dziecko. Po drodze kredyt, mieszkanie a nawet pies. Odhaczone. Pyk! Pięknie jak z obrazka. 

Obrazek może z zewnątrz się zgadzał. Ale z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem podążania poprawną ścieżką coraz bardziej zostawiałam siebie gdzieś w tyle. Przyszedł taki moment, który totalnie mnie rozsypał - a było to krótko po urodzeniu dziecka, kiedy ocknęłam się z wypikowanym do 10/10 zaburzeniem lękowym potocznie zwanym nerwicą. Punkt zwrotny w moim życiu. Dziś uśmiecham się do siebie,  że tak naprawdę ten  zaburzeniowy koszmar był błogosławieństwem. Był darem, bo gdyby nie to, to nie weszłabym na ścieżkę rozwoju, pracy ze sobą i nad sobą. Boleśnie uświadomiłam wtedy sobie (pomijając fakt, że w zaburzeniu lękowym początkowo bałam się, że nie dożyje jutra), że zatracona w odhaczaniu życiowej, "prawilnej" checklisty zapomniałam już kim naprawdę jestem. Co lubię? Kiedy się śmieje? Co sprawia mi przyjemność, co mnie realizuje... MNIE - Żanetę - nie mnie - żonę, matkę, córkę. 

Tak zaczęłam moją drogę, którą raz nieśmiało drepczę, raz biegnę do dziś.. A ponieważ pozwalam sobie na niej na nowo na ciekawość świata, siebie i innych... na swobodne, radosne tworzenie - zapraszam dziś Ciebie Drogi Czytelniku do obecności w moim świecie. Do czerpania z moich doświadczeń ale i dzielenia się sobą. Zapraszam do współistnienia, do dyskusji, do wspierania się wzajemnie. Bo doświadczanie innych pozwala nam doświadczać samego siebie. Dlatego będę szczęśliwa jeśli się rozgościsz i ze mną zostaniesz. Nie obiecam o czym i ile tu będzie...Natomiast pozwolę sobie tu być sobą i zobaczymy gdzie to nas zaprowadzi... 

Dziękuję Ż. 

Komentarze

Popularne posty